Chile. Wyżyny. Obserwatorium Vera Rubin czekało na nas już od dłuższego czasu. Po dwunastu miesiącach konfigurowania sprzętu i kalibracji aparatury wreszcie rozwija czerwony dywan przed Przodkowym Spisem Przestrzeni i Czasu. Jest to obecnie najważniejsze wydarzenie w astronomii. Ogromny skan wszechświata, który może być najbardziej szczegółowym zapisem, jaki kiedykolwiek przechowywano na naszych dyskach.
Brian Stone z National Science Foundation nie powstrzymał się: „Dzisiaj zaczynamy kręcić najwspanialszy film o kosmosie, jaki kiedykolwiek powstał”. Piękne określenie strumienia miliardów pikseli.
W ciągu dziesięciu lat Obserwatorium Rubina będzie co noc przesyłać do naszych głów 10 terabajtów danych nocnego nieba. Setki zdjęć w wysokiej rozdzielczości. Każdy z nich obejmuje obszar nieba 40 razy większy niż obszar Księżyca w pełni. Mówimy o praktycznie całym niebie półkuli południowej, uchwyconym z rozdzierającymi, ale pięknymi szczegółami.
„Miliony alertów… pokazują, że Rubin wykonuje swoją pracę”.
Dlaczego jest to konieczne? Ponieważ wszechświat nie jest statyczny – zmienia się. O to właśnie chodzi. Rubin to coś więcej niż tylko aparat. To jest alarm dla niebiańskich przestrzeni. Wybuchające supernowe, zbliżające się asteroidy, przelatujące komety. Wykrywa zmiany, zanim ktokolwiek zdąży mrugnąć.
Phill Marshall z Uniwersytetu Stanforda jest już pod wrażeniem wyników. Przebieg testowy wygenerował miliony alertów. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy pracy odkryto ponad 11 000 nowych asteroid. Jedenaście tysięcy. Nawet nie podejrzewaliśmy, że się tam ukrywają. Teraz inwentaryzacja zaczyna się na poważnie. Będzie to najpełniejsza lista „śmieci” Układu Słonecznego, jaka kiedykolwiek istniała.
Ale spójrzmy dalej. Poza pasem asteroid. Spis ludności tworzy mapę Drogi Mlecznej tak gęstą, że łatwo się w niej zgubić. Potem patrzy jeszcze głębiej. W ciemność.
Jedno z wczesnych zdjęć pokazywało morze gwiazd, obłoki gazu i odległe galaktyki. Piękne, oczywiście. Ale siła projektu nie leży w pojedynczych obrazach. Chodzi o robienie tego samego zdjęcia w kółko przez dekadę. Różnice pomiędzy ramami powiedzą nam, co jest najważniejsze. Z jaką prędkością rozszerza się wszechświat? Gdzie ciemna materia pociąga za sznurki? Jeszcze nie wiemy. Być może teraz się tego dowiemy.
A co z „małymi czerwonymi kropkami”, które James Webb znalazł we wczesnym wszechświecie? Chris Lintott opowiada o tych tajemniczych obiektach, próbując zrozumieć ich naturę. Obserwatorium Rubina również może pomóc w tym przypadku, chociaż jest to jeszcze początek.
Przepływ danych rozpoczyna się teraz. I tak naprawdę nigdy nie przestaje. Niebo będziemy obserwować przez dziesięć lat, mając nadzieję, że zdążymy to wszystko ogarnąć, zanim zapełni się dysk twardy. A może, tylko może, znajdziemy coś, czego nawet nie szukaliśmy.















